Stowarzyszenie "Dla Naszych Dzieci"                       pomóż jak potrafisz...                             

 

Alienacja a alimentacja

poniedziałek, 20, luty 2017

Jest późne popołudnie, środek tygodnia. Zbieram się już do domu po przyjęciu ostatniego zaplanowanego na dziś dziecka, kiedy do mojego gabinetu wpada mama jednego z moich podopieczny "- Zabrał ją! Zabrał! Ukradł mi dziecko!" - krzyczy, a łzy leją się jej strumieniami po policzku. Nie do końca rozumiałam co się stało.

W mojej głowie szybko, niczym taśma z nagranym filmem, przewijały się moje rozmowy z nią i tatą dziewczynki, fakty, rozmowy z dzieckiem, obserwacje. Wiedziałam, że rodzice są w trakcie rozwodu. Jak zwykłam czynić w takich sytuacjach rozmawiałam też z tatą (zawsze proszę o zgodę na terapię dziecka oboje rodziców, niezależnie od ich aktualnej sytuacji rodzinnej). Zgodził się na taką formę pomocy dziecku w tym trudnym dla wszystkich momencie. Uczestniczył również w tej terapii. Rodzice potrafili porozumieć się w kwestii podziału majątku, potrafili rozmawiać spokojnie jeśli chodziło o sprawy wspólnej firmy, samochodów, kryształowych kieliszków po babci Zosi. W jednej tylko kwestii nie byli w stanie rozmawiać konstruktywnie, w kwestii opieki nad małą Zuzią. Dla mamy było to oczywiste, że dziecko po rozwodzie zamieszka z nią. Nie broniła tacie kontaktów, ale chciała, aby były one realizowane zgodnie z jej planem. Tata z kolei nie rozumiał, dlaczego dziecko ma zostać przy mamie. Uważał, że jest tak samo kompetentnym i odpowiedzialnym rodzicem co mama. Proponował rozwiązanie, które w głównej mierze zaspakajało jego potrzebę zamieszkania z dzieckiem, a niżeli faktyczne potrzeby dziecka. Oboje nie chcieli ustąpić. Nic nie wskazywało, że sytuacja tak się rozwinie - myślałam po cichu patrząc na przerażoną i zrozpaczoną mamę. Czyżby? Dziecko w trakcie spotkań wypowiadało się raz dobrze raz źle o swoich rodzicach. Raz jedno z rodziców było jego przyjacielem, raz drugie. Dziewczynka reprezentowała dużą niestabilność emocjonalną, a także impulsywność. Pomijając kwestie rozwojowe (pięciolatki czasami tak mają), zauważyłam pewne cechy sugerujące na Zespół Alienacji Rodzicielskiej (PAS). Dziecko wypowiadało się o rodzicach słowami, które w moim przekonaniu nie pochodziły ze słownika dziecka. W wielu kwestiach używało stwierdzeń, które traktowało jako swoje własne myśli i sądy ale niestety nie pokrywały się one z doświadczeniami dziecka. Dziewczynka w zabawach swobodnych lalkami inscenizowała zachowania rodziców, ich dialogi do siebie, kłótnie. Kiedyś bawiąc się dwoma lalkami udającymi dwie koleżanki, które opiekują się swoimi dziećmi na placu zabaw zainscenizowała rozmowę o Kenie. Te dwie lalki „plotkowały” o nim a oceny jego jako „męża” były bardzo krytyczne. Innym razem, bawiąc się w dom, trzymała na rękach lalkę „bobasa” i mówiła: „Moja kochana córeczko, mamusia zaraz Cię nakarmi. Nie płacz, nie płacz. Tatuś nas zostawił, ale poradzimy sobie”. To był smutny obrazek. Uznałam wówczas, że konieczna jest rozmowa z rodzicami. Usłyszałam, że tata wyprowadził się i zamieszkał z nowo poznaną kobietą. Mama rozgoryczona i z ogromnym poczuciem krzywdy (zdrada męża) nie potrafiła kryć swoich emocji przed dzieckiem. Jednak, jak oboje twierdzili, starali zachować przy dziecku spokój. Tylko zapomnieli, że dziecko nawet takie małe jest inteligentne i wyczuwa emocje rodziców. Słyszy, nawet jeśli im się wydaje, że grzecznie bawi się w swoim pokoju. Widzi, nawet jeśli rodzice myślą, że jest pochłonięte ekranem telewizora, czy komputera. Mama zażądała od taty alimentów na rzecz córki w kwocie według niego znacząco przekraczającej aktualne potrzeby dziecka. Rodzice byli dobrze sytuowani, co mama podnosiła w argumentacji, ale tata nie uważał, że dziecku potrzebne są 3 pary spodni znanej marki. Mama uważała, że skoro dziecko w takich spodniach chodziło do tej pory to i po rozwodzie też będzie chodzić, bo przecież rozstanie rodziców nie może wpływać na pogorszenie się standardu życia dziecka. Tata zaproponował, że w takim razie może lepiej będzie jeśli oboje po równo zajmą się dzieckiem i jego utrzymaniem. Zaproponował opiekę naprzemienną. Mama w ogromnym poczuciu krzywdy nie chciała się zgodzić. W związku z tym, że sprawy w naszych polskich sądach ciągnął się latami, nie polepszało to sytuacji rodziny. Mama tłumaczyła, że tata nie chciał dawać jej pieniędzy na utrzymanie córki, a tata wyjaśniał, że mama utrudnia mu kontakt z dzieckiem wobec tego nie będzie dawał jej pieniędzy. Konflikt zaostrzał się. Napisałam pismo do sądu o wgląd w sytuację rodzinną. Rodzice przestali przywozić dziecko na terapię. Podałam mamie szklankę wody. Pomogłam usiąść na kanapie, na której zazwyczaj siadała obok córki i jej taty. Dalej płakała. Z jej opisu wydarzeń zrozumiałam, że tata zabrał dziecko z przedszkola nie informując jej o tym. Kiedy ona po pracy pojechała po córkę dowiedziała się, że dziecka tam nie ma. Zdenerwowała się na męża, ale nie podejrzewała najgorszego. Nie odbierał telefonu. Dojechała do domu. Gdy weszła do niego okazało się, że zniknęły wszystkie ubranka małej i jej ukochany miś Edward, bez którego absolutnie nie mogłaby zasnąć. W panice zaczęła sprawdzać też inne rzeczy, podświadomie wiedziała co to oznacza. Nie znalazła paszportu, który leżał wraz z innymi ważnymi dokumentami w biblioteczce, ani aktu urodzenia dziecka. Zadzwoniła jeszcze kilka razy do męża, a potem na policję. Policja ustaliła, że tata Zuzi nie pojawił się tego dnia w pracy i w wynajętym mieszkaniu też nikogo nie zastali. Nic innego nie mogli zrobić, gdyż tata przecież nie miał ograniczonej władzy rodzicielskiej i miał prawo zabrać dziecko z przedszkola. Mama w swojej desperacji obdzwoniła znajomych swoich i męża, rodzinę i współpracowników. Nikt nic nie wiedział. W końcu postanowiła przyjechać do mnie. Liczyła, że może ja coś wiem, że może dziecko coś mi wspominało, albo jej mąż mógł coś mi napomknąć o pomyśle zabrania dziecka. Niestety nie mogłam jej w tej kwestii pomóc. Tata z córką i nową partnerką odnalazł się po 3 miesiącach w Wielkiej Brytanii. Nie znam dalszych losów tej rodziny.

A tu inna historia. Kobieta w wieku około 30 lat. Siedzi ze wzrokiem spuszczonym w podłogę. Milczy. "- To w czym mogłabym Pani pomóc? Rozumiem, że chodzi o dzieci, tak?" - dopytuję. Kobieta podnosi wzrok i z nieukrywaną rezygnacją, bezsilnością w głosie opowiada swoją historię. Wyszła za mąż mając już dwójkę dzieci w poprzedniego związku. Z nowym partnerem ma jedno dziecko, w sumie trójkę. Od początku można było uznać ich związek za burzliwy, jak sama nazwała takie „włoskie małżeństwo”. Jednak jak uważała przez lata, kochali się ze wzajemnością. Jej przekonanie co do tego zaczęło znikać, kiedy mąż zaczął ją bić. Pierwszy raz uderzył ją 10 dni po porodzie, kiedy to na świat przyszła ukochana i wyczekiwana przez męża córka. Potem to już poszło lawinowo. Nie potrafiła od niego odejść. Ciągle miała jakieś wytłumaczenie. A to dzieci, a to kolejny „miodowy miesiąc” po wybuchu złości, a to obawa, że sobie nie poradzi finansowo. Rodzina też jej nie wspierała. Co prawda negowali ataki agresji męża i współczuli jej ale z drugiej strony obwiniali ją za to, że widocznie go prowokuje, że nie potrafi go uspokoić. Jej własny ojciec uznał, że zięć ma prawo bić żonę jeśli ta go obraża lub do niego pyskuje. To zięcia zapraszał na imieniny i rodzinne uroczystości a z córką nie chciał mieć nic wspólnego, bo kto to widział na własnego męża policję wzywać. Niegdyś sam był sprawcą przemocy w domu. Kobieta w końcu zebrała się w sobie i podjęła decyzję o rozstaniu. Uznała, że nie może pozwolić aby jej dzieci były świadkami przemocy. Najmłodsza córka miała wówczas niecały rok. Kiedy jej mąż dowiedział się o pozwie rozwodowym natychmiast próbował ją „udobruchać”. Jednak ona znała ten schemat na pamięć, przerabiała go latami. Nie dała się. Kiedy mąż uznał, że „na spokojnie” nie działa zaczęły się groźby, szantaże, podpalenia samochodów, nękanie i niszczenie mienia. Kobieta wszystko zgłaszała na policję. Równocześnie prowadzono kilka postępowań. Jedne umorzono inne swój finał znalazły w sądzie z wyrokiem skazującym dla męża. Sprawa rozwodowa ciągnęła się kolejny rok. Ona uciekła zanim sąd wydał orzeczenie o rozwodzie. Nie dała rady żyć w jednej miejscowości z oprawcą, który ją śledził, wysyłał kompromitujące ją pisma do jej pracodawców, współpracowników, spalił jeden samochód a drugi próbował podpalić. Bała się o życie swoje i swoich dzieci a policja rozkładała ręce mówiąc: „Wiemy, że to on ale nie mamy dowodów”. Kiedyś pewnego dnia jej najstarsza córka zapytała ją: „Mamo, czemu stąd nie wyjedziemy? Przecież tu się nie da żyć. On nigdy nie pozwoli Ci odejść, nigdy nie wybaczy Ci, że go zostawiłaś”. Te słowa 12 letniego wówczas dziecka bardzo mocno do niej trafiły. W ciągu jednego tygodnia zmieniła pracę, załatwiła sobie mieszkanie, dzieciom szkołę, a w ciągu kolejnego miesiąca domknęła wszystkie sprawy związane z życiem w tamtej miejscowości. Wyprowadziła się po cichu, nikt o tym nie wiedział. Odetchnęła. Zaczęła żyć. Jednak tocząca się sprawa rozwodowa w sądzie zmusiła ją do podania adresu przebywania dziecka ojcu. Nikt w sądzie nie zadał sobie trudu zbadania sytuacji rodziny. Ojciec ma prawo do kontaktu z dzieckiem i koniec. Niestety tacie nie zależało jak to podnosił w argumentacji w sądzie na nawiązywaniu i utrwalaniu relacji z córką a na możliwości dalszego wpływania na mamę. Kontakty z dzieckiem wykorzystywał do robienia awantur pod domem matki tak, aby wszyscy sąsiedzi to słyszeli. Do przedszkola, do którego chodziło dziecko zaczął przychodzić dzielnicowy i pani z opieki. Tata złożył zawiadomienie, że dziecko jest zaniedbane. I dzielnicowy i pani z opieki wykluczyli to. Kiedy ten plan się nie powiódł, tata wykorzystał chyba wszystkie możliwe instytucje do nękania rodziny (sąd rodzinny dostawał ciągle to nowe, jak się później okazywało bezpodstawne zawiadomienia, tak samo jak policja, czy OPS). Kiedy i te metody nie zadziałały tata zabierając dziecko do siebie przestał je odwozić po spotkaniu. Uznał, że nie ma pieniędzy na jeżdżenie w tą i z powrotem (sam ustalił sobie kontakty w sądzie w taki sposób, że będzie zabierał dziecko i odwoził w co drugi weekend z i do miejsca zamieszkania matki czyli 250 km w jedną stronę). Matka przez długi czas jeździła kilkaset kilometrów po córkę, bo dobro dziecka było dla niej ważniejsze niż jej urażona duma, czy nawet jej własne prawa jako człowieka. W tym samym czasie w prokuraturze toczyło się postępowanie przygotowawcze w związku ze złożonym przez mamę doniesieniem o przemocy. Postępowanie trwało rok. Przez ten rok, już były wówczas mąż wyzywał ją przy dziecku i przy sąsiadach, poniżał, straszył. Zdarzało się, że ją kopnął, kiedy trzymała na ręku jego córkę, szarpał za włosy i pluł na nią a dziecko stało obok i płakało. Nikt nic z tym nie zrobił. Żadna instytucja, do której kobieta się zgłosiła jej nie pomogła. Prokuratura sprawę umorzyła, gdyż nie można było mówić o przemocy w rodzinie, kiedy już nie byli rodziną. Sąd w orzeczeniu rozwodu przyznał tacie prawo do kontaktów pomimo, że biegli uważali inaczej. Któregoś razu kobieta wracała z pracy. Zabrała dzieci po drodze ze szkoły i z przedszkola, mieli jechać po zakupy. Wówczas zadzwonił jej były mąż. W samochodzie miała podłączony zestaw głośno mówiący. Odebrała. „Zginiesz k...o, za to co zrobiłaś nigdy Ci nie wybaczę. Za moje pieniądze się wykształciłaś, za moje pieniądze otworzyłaś firmę i myślałaś, że możesz sobie tak po prostu odejść? Jeśli trzeba będzie spalę Cię żywcem. Nie znasz dnia, ani godziny” Rozłączyła się szybko. Jednak dzieci zdążyły usłyszeć groźby. Nie myślała długo. Jeszcze tego samego dnia pojechała na policję, zmusiła dyżurnego, aby przyjął zawiadomienie (ten twierdził, że nie ma podstaw, bo nie ma dowodów). Wieczorem znalazła mieszkanie w innej miejscowości, wynajęła je następnego dnia. W ciągu tygodnia przeprowadziła się, zmieniła numer telefonu, zmieniła przedszkole dziecku i szkołę starszym. O nowym miejscu zamieszkania powiedziała tylko kilku osobom z jej najbliższego otoczenia, którym ufała. Podjęła wówczas decyzję, że nigdy więcej nie pozwoli, aby ten człowiek skrzywdził jej dziecko, tak jak krzywdził latami ją. Podjęła decyzję, że odseparuje ojca od dziecka. Straciła wiarę w sprawiedliwość, zaufanie do instytucji, które powinny jej w tej sytuacji pomóc. Nie wiedziała co mogłaby zrobić inaczej, gdzie mogłaby dalej prosić o wsparcie, nie wierzyła już chyba, że ktoś faktycznie coś pomoże. Oczywiście, że pisała do sądu o zmianę kontaktów, ale sąd odrzucił wniosek, bo nie wpłaciła w terminie opłaty sądowej „Nie miałam wtedy na chleb, taki się akurat trudny okres trafił. Ojciec najmłodszej córki przecież nie płaci alimentów od początku ich zasądzenia. Jakoś sobie radzę sama, komornik rozkłada ręce, co miałam zrobić? Pożyczyć? A z czego bym oddała?”. Ojciec wniósł wniosek do sądu o ukaranie matki, ze względu na ograniczanie kontaktów. Została upomniana, ale nikt nie podjął interwencji, aby pomóc dziecku. Jak widać, żadna sytuacja nigdy nie jest oczywista.

I jeszcze jeden przykład. Mężczyzna zgłosił się do mnie z polecenia od innego taty, który korzystał z mojego wsparcia. Było mu niezręcznie o tym mówić, widziałam jak bardzo wstydzi się swojego położenia.

„Widzi Pani, ja mógłbym zrobić dla mojego syna wszystko. Po prostu wszystko. Tylko co ja mogę? Moja była dziewczyna, a mama Kacperka (dane dziecka zmienione), jest osobą bardzo zawistną. Nie ma mowy, aby się z nią dogadać. Ona twierdzi to samo o mnie. Fakt, może nie byłem dobrym partnerem dla niej, może nie przynosiłem jej kwiatów i pierścionków z brylantem, bo mnie nie stać, ale byłem dobrym ojcem, tak mi się wydaje.” Para rozstała się zaraz po narodzinach dziecka. Już wcześniej nie układało im się, ale próbowali jakoś ten związek ratować. Myśleli, że dziecko jest ich szansą. Niestety, nieprzespane noce, ciągle płaczące dziecko, brak pieniędzy i stres z tym związany sprawiał, że kłócili się jeszcze bardziej. W końcu kobieta postanowiła odejść i zabrała dziecko ze sobą. Zamieszkała u swoich rodziców. Dziadkowie od początku byli przeciwko tej relacji. Uważali, że to nie jest dobry materiał na męża, że chłopak nie ma dobrego zawodu no i pochodził z „lichej” rodziny. Kiedy mężczyzna próbował kontaktować się z mamą syna, oni robili wszystko, aby ten kontakt uniemożliwić. Kobieta z jednej strony czuła, że bez pomocy rodziców nie poradzi sobie sama z malutkim dzieckiem, a z drugiej strony miała ogromny żal do swojego partnera, że nie był w stanie zapewnić rodzinie odpowiednich warunków. Dziecko od urodzenia miało ograniczony kontakt z ojcem, który zależał jedynie od dobrej woli mamy i jej rodziców. Mógł się z nim spotykać tylko pod warunkiem, że przyniesie pieniądze na jego utrzymanie (nie mieli wówczas ani ustalonych sądownie kontaktów z dzieckiem, ani alimentów). Mężczyzna stawał na głowie, aby uzbierać co miesiąc określoną kwotę. Tyle, że ta kwota z miesiąca na miesiąc rosła i rosła. Ktoś mu podpowiedział, aby poszedł do sądu. Sąd ustalił wysokość alimentów i kontakty z dzieckiem. Alimenty były zasądzone w niższej kwocie, niż ta o którą wnosiła mama dziecka a na osobnej sprawie sąd uznał, że tata może spotykać się z dzieckiem dwa razy w tygodniu w miejscu zamieszkania mamy (dziecko było wówczas niemowlęciem i było karmione piersią) oraz w co drugi weekend w niedziele. Początkowo mama dziecka realizowała postanowienie sądu, ale z czasem obecność byłego partnera w domu rodziców zaczęła im przeszkadzać. Najpierw otrzymywał informację, że dziecko jest chore. Potem, że musieli pilnie wyjechać i zapraszają go w inny dzień, który przesuwał się w nieskończoność. Potem mama pisała wprost „Moi rodzice nie chcą Cię widzieć na oczy. To ich dom, mają prawo wpuszczać do niego kogo chcą”. Mężczyzna wniósł do sądu o zmianę kontaktów tak, aby mógł zabierać syna do siebie. Psychologowie, którzy opiniowali w tej sprawie nie widzieli przeciwwskazań (dziecko miało ponad rok) ale te spotkania nie mogły trwać dłużej niż jeden dzień z noclegiem, ze względu na silną więź dziecka z matką. Tata pytał „A gdzie moja silna więź z dzieckiem? Jak ma dziecko czuć więź ze mną, skoro nie mogę się z nim widywać, a jeśli już jest mi dane z dzieckiem się spotkać, to na krótko i pod monitoringiem mamy i jej rodziców?”. Sąd przychylił się do wniosku taty. Mógł dwa razy w tygodniu zabierać dziecko do siebie na kilka godzin a w co drugi weekend mógł zabrać malucha w sobotę i odwieźć w niedzielę. Niestety po tej decyzji sądu matka dziecka uznała, że się do niej nie dostosuje. Uważała, że ojciec nie będzie potrafił zająć się dzieckiem właściwie, że wcale nie zna potrzeb dziecka, że dziecko jest za małe i przytaczała wiele innych argumentów. Mężczyzna początkowo próbował z nią negocjować, rozmawiać, przekonywać ją, upewniać o swoich kompetencjach rodzicielskich choć sam bardzo bał się, czy oby na pewno da radę. Niestety. Mama przestała otwierać drzwi, odpisywać na sms-y, odbierać telefon. Czasami pokazała dziecko ojcu przez okno w sypialni. Ten wystawał pod domem teściów całymi dniami. Trudno było mu utrzymać się w pracy, kiedy do niej nie przychodził wcale, albo spóźniał się, czekając rano pod furtką z nadzieją, że mama wyjdzie z synem na poranny spacer. W końcu wyrzucono go z pracy. Szukał nowej ale myśli miał gdzie indziej. Mijały kolejne miesiące a jego sytuacja finansowa pogarszała się coraz bardziej. Od dwóch miesięcy wysyłał połowę alimentów. Bał się, że wyrzucą go z mieszkania za niepłacenie czynszu. Wtedy do drzwi zapukał komornik. Mama dziecka wniosła o egzekucję komorniczą niezapłaconej części alimentów. Cóż było robić. Sprzedał samochód, spłacił zaległości, na jakiś czas starczyło na alimenty, ale co z życiem, co z dzieckiem, co z byciem ojcem a nie tylko bankomatem? Wpadł w depresję.

Takich przykładów jest wiele i z wiadomych względów nie udałoby mi się opowiedzieć wszystkich tych historii ale mam nadzieję, że te, o których wspomniałam ukażą czym jest problem alienacji rodzicielskiej w Polsce i jak często bardzo mocno powiązany jest z alimentacją.

O alienacji rodzicielskiej czyli odseparowaniu dziecka od jednego z rodziców od kilku lat mówią środowiska ojcowskie nie tylko w naszym kraju. Badania nad zjawiskiem alienacji rodzicielskiej rozpoczął amerykański psychiatra sądowy - dr Richard Gardner. W Polsce badania nad wpływem alienacji na psychikę dziecka prowadziła dr Alicja Czerederecka z Instytutu Ekspertyz Sądowych im. prof. dr Jana Sehna, w 2008 r. Gardner jako pierwszy użył sformułowania Zespół Alienacji Rodzicielskiej, który odnosił się do zachowań będących konsekwencją odizolowania dziecka od drugiego rodzica. Jednakże, jak dotąd temat nie został dobrze zbadany i pogłębiony. Jedne środowiska bagatelizują problem inne go wyolbrzymiają, w zależności od tego co aktualnie jest im na rękę. Ja postaram się być pośrodku, w tym samym miejscu, gdzie stoi zazwyczaj dziecko.

Kiedy rodzi się mały człowiek to nie rozumie czym jest otaczający go świat. Nie rozumie, że ten pan to jego tata, a ta pani to mama. Nie rozumie, że ich obecność ma dla niego znaczenie ale czuje. Czuje, że ten niski zachrypnięty głos należy do tego samego człowieka, który czytał mu do brzucha bajki. Czuje, że ten słodki zapach to zapach mamy i wówczas robi mu się błogo. Czuje, że kiedy ten właśnie facet bierze je na ręce i przytula to jest to ktoś, kto sprawia, że czuje się bezpiecznie. Mały człowiek nie rozumie, czemu tak jest ale czuje, że jest to dobre, przyjemne, że daje poczucie bezpieczeństwa. Z czasem dziecko zaczyna rozumieć znaczenie obecności i nieobecności poszczególnych osób w jego życiu. Im dłużej dziecko miało okazję przebywać z daną osobą, a ich relacja była właściwa, opierała się na miłości, akceptacji i zaangażowaniu tym silniejsza więź łączy dziecko z tą osobą. Mówi się również, że dziecko może nawiązać silną więź nawet z rodzicem toksycznym i stosującym wobec niego przemoc, ale wówczas ani ta relacja ani ta więź nie jest dla dziecka właściwa. Tłumaczenia rodzica, który uważa, że dziecko jest zbyt małe, aby pamiętać mamę lub tatę lub, że jest zbyt małe, aby miało na niego jakikolwiek wpływ nieobecność jednego z nich na wczesnym etapie dzieciństwa jest ogromnym nadużyciem i nieznajomością tematu. W swojej pracy zawodowej często rozmawiam z innymi psychologami, którzy opiniują w sprawach rodzinnych. Niestety często mam też wrażenie, że u niektórych z nich w dalszym ciągu tkwią głęboko zakorzenione przekonania o nadrzędnej roli matki nad rolą ojca lub odwrotnie. Przepraszam Was kochani, ale muszę to powiedzieć w końcu głośno. Wstyd mi za Was czasami, kiedy czytam Wasze opinie. Wstyd mi, że nie potraficie zachować dystansu lub kiedy bagatelizujecie problem. Wstyd mi, że pomimo wielu przesłanek wskazujących na to, że rodzic stosuje przemoc wobec dziecka, nie potraficie właściwie zareagować.

Czasami sądy wzywają mnie na sprawy, w których stroną jest mój klient. Oczekują, że wypowiem się w kwestiach, które pozostają w obszarze mojej tajemnicy zawodowej. Wstyd mi, że muszę o tym przypominać i chronić siebie jako psychologa, a także mojego klienta. Znam prawo, wiem kiedy tajemnica zawodowa mnie obowiązuje, a kiedy nie. Jestem zażenowana poziomem wiedzy niektórych sędziów sądu rodzinnego w obszarze np. opieki naprzemiennej czy też alienacji. Jestem zażenowana kiedy czytam, że sąd przyznał prawo do osobistych kontaktów z dzieckiem rodzicowi, który stosował wobec niego przemoc tylko dlatego, że była to „tylko” przemoc psychiczna, a nie fizyczna. Jestem ogromnie zaniepokojona faktem, że wielu sędziów bagatelizuje lub błędnie interpretuje problem alienacji nie zadając sobie odrobiny trudu, aby poznać przyczyny i skutki tego zjawiska. Doznaję szoku kiedy moi klienci mówią mi, że sąd przyznał im 150zł czy 500zł alimentów w sytuacji, kiedy drugi rodzic nie angażował się i nie angażuje w wychowanie dziecka.

Osobiście byłam świadkiem kilku interwencji policji w sytuacji konfliktów między rodzicami. Tekst, który mnie rozbraja i napawa niepokojem jest chyba elementem edukacji młodych policjantów, bo słyszałam go podczas niemal każdej interwencji w sytuacji przemocy: „A teraz będzie Pan grzeczny, bo jak następnym razem przyjedziemy to wsadzimy Pana na 24 godziny do paki, tam sobie Pan przemyśli co nieco”, lub „Czy w domu są dzieci? To jak mąż krzyczy to niech Pani po prostu się do niego nie odzywa i go nie prowokuje, bo dzieci to wszystko słyszą”. W wielu przypadkach nikt nie zadaje sobie trudu zabezpieczenia interesu dziecka. Często pozostawia się je same sobie, pomiędzy dwojgiem rozwścieczonych rodziców. Dokładnie taka sama sytuacja dotyczy interwencji policji w sytuacji alienacji. Nasze prawo dopuszcza interwencję policji w sytuacji konfliktu rodziców tylko i wyłącznie, jeśli zagrożone jest życie, zdrowie albo bezpieczeństwo dziecka. Policjanci nie chcą przyjmować zgłoszeń od zrozpaczonej matki mówi, że ojciec nie odwiózł dziecka na czas po spotkaniu lub od zrozpaczonego ojca, któremu kolejny raz matka zatrzasnęła drzwi przed nosem odmawiając spotkania z dzieckiem. Sugerują zgłoszenie tego w sądzie. Tylko po co? Czy oni nie rozumieją, że sądy w Polsce działają często opieszale. Sąd w Wołominie sprawę wniesioną przez moją klientkę o znęcanie się psychiczne i fizyczne rozpatruje już drugi rok! Sąd Rodzinny w Warszawie sprawę o zmianę kontaktów wniesioną przez tatę (tata sam sobie chciał ograniczyć kontakty) pierwszą rozprawę wyznaczył na połowę stycznia 2017 r, wniosek złożony przez tatę … w lipcu 2016 r.

Takich sytuacji są setki, tysiące. Gdzie jest tu ochrona praw dziecka? Gdzie są instytucje i ludzie, którzy powinni w takich sytuacjach myśleć głównie o dziecku, nie o jego mamie, czy tacie, nie o ich potrzebach, tylko o potrzebach i bezpieczeństwu dziecka. Środowiska ojcowskie krzyczą głośno o alienacji rodzicielskiej. I wiecie co? W sumie wcale im się nie dziwie. Być może jest ich garstka w porównaniu do ogólnej liczby ojców, może i duża ich część to sfrustrowani sprawcy przemocy, którzy nie potrafiąc sobie poradzić z tym, że jakiś mądry sędzia odseparował ich od rodziny i dziecka, aby nie mogli już tej swojej przemocy stosować, ale jest wśród nich i taka część, która zwyczajnie została pozbawiona prawa do wychowywania własnego dziecka tylko dlatego, że nie urodzili się kobietami. Osobiście znam wielu ojców, którzy są ofiarami stereotypu i kultu Matki Polki, którzy bezprawnie i siłą są odsuwani od swoich dzieci, tylko dlatego, że nie spełnili oczekiwań mam, dziadków czy innych członków rodziny. Którzy nie mają prawa spotykać się z dzieckiem tylko i wyłącznie dlatego, bo nie płacą alimentów. Osobiste urazy, poczucie krzywdy czy nawet złość i nienawiść do drugiego rodzica nie mogą być argumentem dla izolacji dziecka od niego! Środowiska matek też głośno krzyczą. Krzyczą o tym jak trudno jest wychowywać dziecko samą miłością. Fotosyntezą też się nie da, potrzebne są po prostu pieniądze. Mówią też głośno o tym, że niealimentacja jest ściśle związana również z alienacją jakiej dopuszczają się ojcowie. W jaki sposób? Nie realizując ustalonych kontaktów. Niestety jak mówią statystyki ponad milion dzieci w Polsce nie otrzymuje alimentów. To i tak zaniżone dane. Duża część tych dzieci porzucona jest potrójnie. Po pierwsze przez ojca/matkę, którzy nie płacą alimentów. Drugi raz przez ojca/matkę, którzy nie widzą potrzeby kontaktowania się dzieckiem. Kolejny raz porzucone są przez państwo, które nie widzi konieczności wsparcia dla tych dzieci. Z alienacją nie mamy do czynienia tylko wtedy, kiedy jeden rodzic drugiemu ogranicza kontakt z dzieckiem. Mamy z nią do czynienia również wtedy, kiedy rodzic sam z własnej nieprzymuszonej woli rezygnuje z kontaktu z dzieckiem, unika go lub zwyczajnie dziecko porzuca. O alienacji mówimy również wtedy, kiedy taki rodzic nie odwozi dziecka na czas po spotkaniu lub dziecko zwyczajnie porywa niezależnie od intencji jakie nim wtedy kierują.

Jakie są skutki alienacji dla dzieci? Częstym następstwem jest Zespół Alienacji Rodzicielskiej (ang.parental alienation syndrome- PAS ). Do następstw zespołu alienacji rodzicielskiej zostały zaliczone min. trudności w budowaniu intymnych związków, towarzyszące przez całe życie problemy z tożsamością, choroby psychiczne, problemy emocjonalne oraz zaburzenia seksualne w dorosłym życiu. Dziecko wykazujące zespół alienacji rodzicielskiej może być zaangażowane w oczernianie i obmawianie rodzica, z którym nie mieszka a nawet żywić wobec niego nienawiść i odmawiać widywania się z nim. Zjawisku PAS mogą towarzyszyć także nadpobudliwość i lęki a jego zaawansowanej fazie problemy neurotyczne i psychosomatyczne takie jak bóle głowy, brzucha, astma, problemy z przemianą materii i trudności z zasypianiem. Dziecko może być związane z pierwszoplanowym opiekunem nawet więzią opartą na fantazjach paranoicznych dotyczących drugoplanowego opiekuna (rodzica).

Co należałoby zrobić?

Przede wszystkim zmienić w Polsce przekonania związane z rolą rodziców, ale to proces długotrwały. Konieczne są zmiany w prawie dotyczące opieki naprzemiennej, aby uniemożliwić odseparowanie dziecka od drugiego rodzica. Konieczne są szkolenia i edukowanie specjalistów (psychologów, sędziów, prokuratorów, policjantów i pracowników socjalnych) w kontekście objawów PAS i zjawiska alienacji. W związku z tym, że zjawisko alienacji i jego następstw nie są do końca poznane oczywiste staje się kontynuowanie badań i obserwacji w tym kierunku. Konieczne jest bardziej uważne i odpowiedzialne badanie sytuacji rodziny, aby dziecko nie musiało być zmuszane do kontaktu z rodzicem, który stosuje wobec niego wszelkiego rodzaju przemoc. I to o czym wspominałam już wielokrotnie - w sytuacji konfliktu między rodzicami (a mamy z nim do czynienie niemal zawsze, kiedy się rozstają) powinien być powołany urząd „adwokata” dziecka. Osoba sprawująca tą funkcje powinna być absolutnie skupiona na potrzebach dziecka i bezstronna, wyedukowana w zakresie rozwoju dziecka, jego praw, ale także w obszarze przemocy, skutków alienacji. Znająca zagadnienia z prawa rodzinnego. Nie może posiadać fałszywych przekonań dotyczących ról społecznych czy też rodziny. Powinna umieć zachować dystans i powściągliwość w wyrażaniu swoich ocen względem rodziców. Jej zadaniem byłoby jedynie określenie najlepszych rozwiązań dla dziecka, po analizie sytuacji i możliwości rodziny. Taki Adwokat Dziecka, miałby również ważny głos w kwestii zasądzania np. alimentów, czy ustalania opieki naprzemiennej. Zdaję sobie sprawę z tego, że czasami nie ma innego wyjścia jak wychowywać dziecko samodzielnie albo z powodu porzucenia dziecka przez drugiego rodzica albo z powodu stosowania przez niego przemocy. I niestety są to sytuacje, które nie występują sporadycznie. Co wtedy? Należy zadbać o rozwój dziecka i uważnie je obserwować. Jeśli pojawiają się zachowania, które mogą rodziców niepokoić należy udać się do specjalisty. Psycholog pomoże przejść dziecku przez trudny okres a rodzicowi wskaże obszary pracy nad sobą. Dziecko to skarb, prezent od życia, którego zwrócić się nie da. Nie jesteś właścicielem swojego dziecka, nie masz prawa wybierać mu osób które ma kochać a które nienawidzić. Tak, to prawda. Nikt wraz z aktem urodzenia nie wręcza nam instrukcji do obsługi naszego potomka. Dlatego masz prawo nie wiedzieć, co zrobić w sytuacjach kryzysowych. Masz prawo popełniać błędy jako rodzic. Jednak skoro już wiesz, czym jest alienacja i jakie ma skutki to od dziś dalsze jej stosowanie będzie łamaniem praw dziecka z premedytacją a tego Twoje dziecko Ci w przyszłości nie wybaczy. I mówię tu zarówno do mam, które odseparowują dziecko od kochającego i dobrego ojca jak i do ojców, którzy porzucają swoje dzieci, lub porywają je realizując jedynie swoje chore ambicje i potrzeby. Przestańcie myśleć o sobie, pomyślcie w końcu o dziecku.

mgr Justyna Żukowska-Gołębiewska psycholog dziecięcy, "Dla Naszych Dzieci"

 

Wszystkie przytoczone historie są prawdziwe. Dla zachowania poufności zostały zmienione dane dzieci i rodziców oraz okoliczności ich sytuacji. Wszelka zbieżność jest przypadkowa.

Bibliografia:

Czerederecka A. "Manipulowanie dzieckiem przez rodziców rywalizujących o udział w opiece", Dziecko krzywdzone" nr 4 (25) z 2008 r.
Gardner, EJ: A genetic and clinical study of intestinal polyposis, a predisposing factor for carcinoma of the colon and rectum. American Journal of Human Genetics 3: 167-176, 1951
Artykuł  http://www.psychologia.net.pl/artykul.php?level=495

 

Współpraca